"Nie masz siebie za co karać..."
Tak brzmi diagnoza. Otóż ja siebie karzę - codziennie. Wydaję NIEzarobione przez siebie pieniądze na żarcie, które wpycham w siebie, by potem z wypełnionym maxymalnie żołądkiem lecieć do kibla "oddać" wszystko z powrotem. Codziennie. To samo. Od tygodnia.
Przyznaję nienawidzę siebie. Nie potrafię znaleźć w sobie pozytywnej cechy. Bilans moich sensownych działań jest tragiczny. Zastanawiam się po raz kolejny nad sensem egzystencji. Bo w końcu, kim ja jestem? Pasożytem. Nie dbam o innych. Myślę tylko o sobie. W dodatku nie potrafię wykorzystać wszystkich możliwości jakie daje mi życie. Już nawet nie jak trzeba, ale w ogóle.
Nie rozumiem tej diagnozy do końca. Bo czuję, że nie zawsze tak jest. Bo czasem po prostu za tym tęsknię. By poczuć smak, by poczuć ten spokój, który ogarnia mnie jak jem, by poczuć przyjemność, nawet gdy ona trwa tak krótko. Aktualnie robię to, bo czuję, że już nic innego mi nie pozostaje. Utyłam już tak bardzo, że do wymarzonej wagi jest teraz pewnie z 10 kg. I mówię serio. Czuję, że jest właśnie tyle. A ja się w tej kwestii nigdy nie mylę. Mogę być najwyżej zbyt optymistyczna.
Ale w poniedziałek nie było ważenia. Bo w poniedziałek już wpierdalałam - od 3-ech dni. I z wagą nie będę dyskutować aż do co najmniej 1 grudnia. Jeśli oczywiście wszystko zacznie się jakoś układać. Bo na razie jest fatalnie. Traktuję siebie jak śmietnik - wrzucam w siebie wszystko, co popadnie. W ogromnych ilościach (!). Ale nawet gdyby pominąć kwestię obżerania się i tycia, to najgorsze jest to, że obsesyjne myślenie o jedzeniu pochłania 80% mojego "skupienia na...". Zaledwie 20% zostaje na studia i inne rzeczy. A tak nie da się żyć. Tak się nie da tego ciągnąć, by nagle się nie zawaliło. A nie o to mi chodzi. Zależy mi na studiach. Bardzo. Jakkolwiek to zabrzmi - zależy mi tak bardzo, jak na tym, by być chudą. Wiem, że jeśli te dwie rzeczy wyjdą, to wyjdzie już wszystko. Wiem to.
Najważniejsze to nie myśleć, tylko trzymać się planu. Mam plan, więc zobaczymy.
Martwi, mnie oczywiście jeszcze tysiąc innych rzeczy, a wśród nich fakt, że chyba mimo brania tabletek hormonalnych nie dostanę okresu. Biorę pod uwagę po prostu fakt, że mogłam je normalnie wyrzygać. A jeśli to prawda, to dramat będzie, bo nie wiem w takim razie, co mam powiedzieć lekarce. Że hormony na mnie nie działają? :] Męczy mnie już naprawdę to zadręczanie się wszystkim. Marzę już tylko by móc położyć się spać i nie myśleć. Do cholery nie myśleć. By to wszystko tak nie bolało.
2006-10-24 06:26:32
Źródło: http://bulimia.blog.pl/